Zanim kupisz auto w tym mieście, musisz zapłacić 400 tysięcy złotych za samo pozwolenie. I ludzie płacą
W Singapurze zanim w ogóle kupisz samochód, musisz wylicytować prawo do jego posiadania. Kwoty potrafią przekroczyć cenę auta.
Wyobraź sobie, że idziesz do salonu, wybierasz najmniejszy, najtańszy model w gamie i zanim jeszcze usiądziesz za kierownicą, ktoś każe ci wyłożyć 400 tysięcy złotych. Nie za samochód. Za sam papier, który pozwala ci go mieć. To nie hipotetyczna groźba, to codzienność w Singapurze, gdzie prawo do posiadania auta wystawia się na aukcji jak dzieło sztuki.
Papier ważniejszy od samochodu
Kluczem do wszystkiego jest Certyfikat Uprawnienia, po angielsku Certificate of Entitlement, w skrócie COE. To dokument, który daje prawo posiadania samochodu przez 10 lat. Bez niego nie kupisz auta w ogóle – najpierw certyfikat, potem samochód. Państwo licytuje ograniczoną liczbę takich pozwoleń, żeby liczba pojazdów w mieście trzymała się na poziomie mniej więcej miliona. Powód jest prosty: mniej certyfikatów oznacza mniej aut na ulicach, a mniej aut to mniej korków.
Mechanizm brzmi rozsądnie, dopóki nie spojrzysz na kwoty. 8 lipca 2026 roku COE dla małych aut z kategorii A osiągnął rekord 129 000 dolarów singapurskich. To około 100 000 dolarów amerykańskich, czyli mniej więcej 400 tysięcy złotych. Podkreślmy raz jeszcze: to cena samego pozwolenia, bez auta, bez opon, bez jednego litra paliwa. Poprzedni rekord, 128 105 dolarów singapurskich, padł zaledwie w październiku 2025. Bariera puchnie z miesiąca na miesiąc.
Większe samochody z kategorii B kosztowały jeszcze więcej – tam certyfikat sięgnął 130 889 dolarów singapurskich. Różnica między klasami wciąż istnieje, ale w praktyce oba progi znajdują się poza zasięgiem przeciętnego portfela.
Ile realnie kosztuje mały samochód
Certyfikat to dopiero początek rachunku. Kiedy doliczysz rejestrację i podatki, mały samochód w Singapurze potrafi kosztować łącznie 179 888 dolarów singapurskich. Za tę kwotę w większości krajów świata kupiłbyś kilka aut, a w niektórych postawiłbyś dom. Tutaj to cena kompaktu, którym pojedziesz na zakupy.
Właśnie dlatego Singapur jest najdroższym miastem świata, jeśli chodzi o kupno samochodu. Nie ma drugiego miejsca, gdzie samo prawo wjazdu na drogę byłoby zamienione w tak kosztowny towar aukcyjny. I mimo tych sum ludzie płacą. Popyt nie słabnie, a to on w dużej mierze napędza całą spiralę.
Dlaczego ceny biją rekordy
Za obecnymi kwotami stoi kilka nakładających się sił. Po stronie popytu jest rosnąca chęć posiadania auta w mieście, które celowo utrzymuje ograniczoną flotę. Po stronie podaży – mniej certyfikatów wystawianych na kolejnych aukcjach. Kiedy chętnych przybywa, a pozwoleń ubywa, licytacje windują ceny do poziomów, które jeszcze niedawno wydawały się absurdalne.
Do tego doszedł nowy czynnik. Od 2024 roku na singapurski rynek napłynęły chińskie marki elektryczne. Więcej modeli i większe zainteresowanie oznaczają jeszcze ostrzejszą walkę o tę samą, ograniczoną pulę certyfikatów. Efekt widać w liczbach: ceny COE dla małych aut wzrosły czterokrotnie względem poziomu sprzed pandemii. To nie kilkuprocentowa podwyżka, to skok, który zmienił samą naturę zakupu samochodu w tym mieście.
System, który działa dokładnie tak, jak zaplanowano
Łatwo patrzeć na te kwoty jak na absurd, ale z perspektywy władz Singapuru mechanizm robi to, do czego został stworzony. Cel nigdy nie polegał na tym, żeby każdy mógł mieć samochód. Chodziło o utrzymanie liczby pojazdów na poziomie około miliona i ograniczenie korków w gęsto zabudowanym mieście-państwie. Wysoka cena certyfikatu jest tu narzędziem, nie skutkiem ubocznym. Im droższy COE, tym mniej osób decyduje się na własne auto, a to dokładnie ten efekt, o który chodziło.
W praktyce oznacza to jednak, że posiadanie samochodu stało się w Singapurze luksusem w najczystszej postaci. Nie chodzi o markę czy o moc silnika, lecz o samo prawo do bycia kierowcą przez najbliższe dziesięć lat. Po tym czasie certyfikat wygasa i cała procedura zaczyna się od nowa.
Kiedy więc następnym razem będziesz narzekać na ceny w salonie czy koszty rejestracji, przypomnij sobie, że gdzieś na drugim końcu świata istnieje miasto, w którym za sam papier upoważniający do posiadania małego auta trzeba wyłożyć równowartość 400 tysięcy złotych. I gdzie kolejka chętnych, którzy są gotowi tyle zapłacić, wcale się nie kończy.