CIEKAFSKI
← Wszystkie ciekawostki
Ceny świata

Zanim kupisz auto w tym mieście, musisz zapłacić 400 tysięcy złotych za samo pozwolenie. I ludzie płacą

W Singapurze zanim w ogóle kupisz samochód, musisz wylicytować prawo do jego posiadania. Kwoty potrafią przekroczyć cenę auta.

2026-07-15 4 min czytania ▲ 2.492
Fot. This Photo was taken by Supanut Arunoprayote. Feel free to use any of my images, but please mention me as the author and may send me a message. (สามารถใช้ภาพได้อิสระ แต่กรุณาใส่เครดิตผู้ถ่ายและอาจส่งข้อความบอกกล่าวด้วย) Please do not upload an updated image here without consultation with the Author. The author would like to make corrections only at his own source. This ensures that the changes are preserved.Please if you think that any changes should be required, please inform the author.Otherwise you can upload a new image with a new name. Please use one of the templates derivative or extract. / Wikimedia Commons, CC BY 4.0.

Wyobraź sobie, że idziesz do salonu, wybierasz najmniejszy, najtańszy model w gamie i zanim jeszcze usiądziesz za kierownicą, ktoś każe ci wyłożyć 400 tysięcy złotych. Nie za samochód. Za sam papier, który pozwala ci go mieć. To nie hipotetyczna groźba, to codzienność w Singapurze, gdzie prawo do posiadania auta wystawia się na aukcji jak dzieło sztuki.

Papier ważniejszy od samochodu

Kluczem do wszystkiego jest Certyfikat Uprawnienia, po angielsku Certificate of Entitlement, w skrócie COE. To dokument, który daje prawo posiadania samochodu przez 10 lat. Bez niego nie kupisz auta w ogóle – najpierw certyfikat, potem samochód. Państwo licytuje ograniczoną liczbę takich pozwoleń, żeby liczba pojazdów w mieście trzymała się na poziomie mniej więcej miliona. Powód jest prosty: mniej certyfikatów oznacza mniej aut na ulicach, a mniej aut to mniej korków.

Mechanizm brzmi rozsądnie, dopóki nie spojrzysz na kwoty. 8 lipca 2026 roku COE dla małych aut z kategorii A osiągnął rekord 129 000 dolarów singapurskich. To około 100 000 dolarów amerykańskich, czyli mniej więcej 400 tysięcy złotych. Podkreślmy raz jeszcze: to cena samego pozwolenia, bez auta, bez opon, bez jednego litra paliwa. Poprzedni rekord, 128 105 dolarów singapurskich, padł zaledwie w październiku 2025. Bariera puchnie z miesiąca na miesiąc.

Większe samochody z kategorii B kosztowały jeszcze więcej – tam certyfikat sięgnął 130 889 dolarów singapurskich. Różnica między klasami wciąż istnieje, ale w praktyce oba progi znajdują się poza zasięgiem przeciętnego portfela.

Ile realnie kosztuje mały samochód

Certyfikat to dopiero początek rachunku. Kiedy doliczysz rejestrację i podatki, mały samochód w Singapurze potrafi kosztować łącznie 179 888 dolarów singapurskich. Za tę kwotę w większości krajów świata kupiłbyś kilka aut, a w niektórych postawiłbyś dom. Tutaj to cena kompaktu, którym pojedziesz na zakupy.

Właśnie dlatego Singapur jest najdroższym miastem świata, jeśli chodzi o kupno samochodu. Nie ma drugiego miejsca, gdzie samo prawo wjazdu na drogę byłoby zamienione w tak kosztowny towar aukcyjny. I mimo tych sum ludzie płacą. Popyt nie słabnie, a to on w dużej mierze napędza całą spiralę.

Dlaczego ceny biją rekordy

Za obecnymi kwotami stoi kilka nakładających się sił. Po stronie popytu jest rosnąca chęć posiadania auta w mieście, które celowo utrzymuje ograniczoną flotę. Po stronie podaży – mniej certyfikatów wystawianych na kolejnych aukcjach. Kiedy chętnych przybywa, a pozwoleń ubywa, licytacje windują ceny do poziomów, które jeszcze niedawno wydawały się absurdalne.

Do tego doszedł nowy czynnik. Od 2024 roku na singapurski rynek napłynęły chińskie marki elektryczne. Więcej modeli i większe zainteresowanie oznaczają jeszcze ostrzejszą walkę o tę samą, ograniczoną pulę certyfikatów. Efekt widać w liczbach: ceny COE dla małych aut wzrosły czterokrotnie względem poziomu sprzed pandemii. To nie kilkuprocentowa podwyżka, to skok, który zmienił samą naturę zakupu samochodu w tym mieście.

System, który działa dokładnie tak, jak zaplanowano

Łatwo patrzeć na te kwoty jak na absurd, ale z perspektywy władz Singapuru mechanizm robi to, do czego został stworzony. Cel nigdy nie polegał na tym, żeby każdy mógł mieć samochód. Chodziło o utrzymanie liczby pojazdów na poziomie około miliona i ograniczenie korków w gęsto zabudowanym mieście-państwie. Wysoka cena certyfikatu jest tu narzędziem, nie skutkiem ubocznym. Im droższy COE, tym mniej osób decyduje się na własne auto, a to dokładnie ten efekt, o który chodziło.

W praktyce oznacza to jednak, że posiadanie samochodu stało się w Singapurze luksusem w najczystszej postaci. Nie chodzi o markę czy o moc silnika, lecz o samo prawo do bycia kierowcą przez najbliższe dziesięć lat. Po tym czasie certyfikat wygasa i cała procedura zaczyna się od nowa.

Kiedy więc następnym razem będziesz narzekać na ceny w salonie czy koszty rejestracji, przypomnij sobie, że gdzieś na drugim końcu świata istnieje miasto, w którym za sam papier upoważniający do posiadania małego auta trzeba wyłożyć równowartość 400 tysięcy złotych. I gdzie kolejka chętnych, którzy są gotowi tyle zapłacić, wcale się nie kończy.